Gwiazda zniewalającego szczęścia. W hołdzie dekabrystom

 
***
O, jaka noc! Pod stropem czystym
Mróz trzaskający sypie iskry.
Ugwieżdżonego nieba cud
Jak gęstym, złotym haftem błyska.
Po domach ciemno. Strzegą wrót
Zawory ciężkie i zamczyska.
Po trudach dnia spoczywa lud
I ucichł gwar i krzyk kramarzy,
Pies tylko wiernie trwa na straży,
ujada i łańcuchem grzmi.
I cała Moskwa błogo śpi,
Niepomna zgrozy, jeszcze świeżej,
A mroczny rynek, świadek mąk,
Stoi, wczorajszej pełen rzezi
 
 
 

Niedawno, w Święta Bożego Narodzenia, minęła rocznica powstania dekabrystów.

Za trzy lata Rosjanie obchodzić będą okrągłą rocznicę swojego wolnościowego zrywu (1825-2025).

Kilka słów, obrazów, impresji – w hołdzie dekabrystom. Ludziom, którzy dawno polegli lub umarli, lecz których umarle usta ciągle do nas mówią.

Siergiej Murawjow-Apostoł

Jeden z głównych działaczy, urodzony przywódca, wybitny wojskowy. Jeden ze współprzywódców Towarzystwa Południowego. Już jako nastolatek zasłużony w bitwach Rosji przeciwko Napoleonowi. Miał wszystko: syn senatora, świetnie wykształcony, błyskotliwy, przed nim otwierała się wspaniała kariera. Należał do tych wybrańców losu, którym ludzi zazdroszczą lub których podziwiają.

Dlaczego zdecydował się to wszystko zaryzykować?

W poświęconym dekabrystom filmie „Unia Zbawienia” jest scena, gdy jeden z dowódców pyta go: „Siergieju Iwanowiczu, jest pan bogaty, ma pan wielkie ziemie, chłopi na pana pracują. Po co panu to wszystko, te zmiany, te konstytucje?”

„Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie”?

Jeden z piątki najciężej winnych, skazanych na powieszenie.

bez-tytulu-xxxxxxx

Kilka słów o Ippolicie. Żył krótko, zaledwie 20 lat. Jeden z trzech braci Murawjowów-Apostołów, którzy zostali dekabrystami. Najmłodszy z nich. Nie zachował się żaden jego portret – tak go przedstawiono w filmie „Unia Zbawienia”. Walczył w powstaniu pułku czernihowskiego u boku braci Siergieja i Matwieja. Jego historia jest tym bardziej tragiczna, że po klęsce młodzieniec, nie chcąc poddać się władzom, zastrzelił się.

bez-tytulu-lllllllll-2

Matwiej Murawjow-Apostoł, najstarszy z braci-dekabrystów. On przeżył. Został skazany na wiele lat ciężkich robót i zesłanie na Syberię.

Co trzeba uczynić, żeby stać się ojcem trzech rewolucjonistów-spiskowców,  na których spadają najcięższe kary? W takich sytuacjach rodzice mówią lub myślą: „Za jakie grzechy zostałem tak pokarany?” Lub zastawiają się, gdzie popełnili błąd. Czy tak myślał Iwan Matwiejewicz, trudno powiedzieć. Sam nie był bez „winy”, jeśli chodzi o „zły” wpływ na dzieci. Liberał, myśliciel, pisarz. W każdym razie los zgotował mu wiele cierpienia.  Dwóch synów spotkała śmierć (Siergieja i Ippolita), jednego – zesłanie. Jak mógł się czuć ojciec, który traci  trzech synów naraz?
‚O ojcze Rosjaninie, źle się syn twój bawi”…
Na portrecie powyżej Iwan Matwiejewicz Murawjow-Apostoł, ojciec trzech nieudanych – tak bardzo udanych! – synów.

Ten człowiek o urodzie łagodnego Wolverine’a to Nikita Murawjow. Kuzyn wymienionych wcześniej młodych mężczyzn. Dekabrystą był tak on sam, jak i jego brat Aleksander; był nim także ich kuzyn, inny Murawjow, Artamon. Cały w ogóle ród Murawjowów był głęboko zanurzony w spiski. Nie tylko zresztą Murawjowów, także ród Bestużewów i inne wybitne rodziny szlacheckie. Był to w ogóle bunt szlachty, a nawet, można powiedzieć, bunt wielkich rodów. Łatwo sobie wyobrazić pogrom, jaki nastąpił wśród tej rosyjskiej szlachty w 1825 i 1826 roku, gdy przewrót poniósł klęskę, rozpoczęły się uwięzienia i zesłania.

Aleksander i Artamon Murawjow

Powyżej Michał Bestużew-Riumin, najbliższy,, choć o 5 lat młodszy, towarzysz i współpracownik Siergieja Murawjowa. Razem służyli w pułku, razem spiskowali, razem poszli na szubienicę. Przyjaźń aż po grób. Żywy jak iskra, tytan energii. Starsi towarzysze podziwiali jego „wydajność’ w pracy dla stowarzyszenia. Ten młody człowiek poszedł na szubienicę w wieku 25 lat.

„Przyjaciel wykoleja przyjaciela.

Wyrodne córki deprawują ojca.

Brat młodszą siostrę stręczy do nierządu.”

Paweł Pestel

Ten człowiek na portrecie wydaje się mieć wygląd dobroduszny, ale nie dajmy się zwieść tym pozorom. Pesel był to istny wariat, radykał o zapędach terrorystycznych, w dodatku skłonny do wybuchów gniewu. Nie uznawał autorytetów. Z drugiej stron ludzie kochali go i cenili. Jeden z najciężej „winnych”, należał do piątki powieszonych dekabrystów.

bez-tytulu-y-11

Piotr Kachowski

To on oddał strzały do dwóch carskich wysłanników podczas buntu na placu Senackim w grudniowy dzień. Wydawałoby się, największy radykał. Samotnik, desperat. Człowiek, który podobno nie miał ani jednej bliskiej osoby na świecie. A jednak w ostatnich dniach życia zdarzyła mu się dziwna, zupełnie zaskakująca „miłość”. Miłość do córki naczelnika więzienia, którą widywał przez okno ze swojej celi. A i ona go widywała, przesyłała mu książki… Wszystko w życiu tego człowieka było nietypowe i osobliwe.

 

Młodzieniec przed zgonem powiedział z uśmiechem:«

Konopie na polu bujają széroko.»

Głos jakiś nieznany wnet odrzekł z pośpiechem:

«W lesie rosną jodły, wysoko, wysoko!» 

„Nie ma rozpusty gorszej niż myślenie”

Dekabryści namiętnie czytali. Oczywiście w kilku językach. Do kanonu ich lektur należała cała liberalna klasyka XVIII-wieczna: Rousseau, Voltaire, Diderot, a także Monteskiusz, Adam Smith…

„Dla takich, którzy myślą, święte nie jest nic.
Zuchwałe nazywanie rzeczy po imieniu,
rozwiązłe analizy, wszeteczne syntezy,
pogoń za nagim faktem dzika i hulaszcza,
lubieżne obmacywanie drażliwych tematów,
tarło poglądów – w to im właśnie graj.

Łatwo jest być bogatym, wykształconym i sympatycznym synem senatora. Łatwo (?) jest spiskować. Trudno jest zostać rannym, schwytanym i sądzonym . Trudno pójść na szubienicę w wieku 30 lat. Trudno zerwać się ze sznura i dusić się dwa razy na oczach zgromadzonych tłumów.

Może wystarczyło się pokajać i błagać o przebaczenie. Może wystarczyło dobrze to odegrać.

Są ludzie, którzy potrafią dać świadectwo swoim poglądom.

Tak jakby poglądy były takie ważne! Prawda?
Siergiej Murawjow-Apostoł, syn Iwana Matwiejewicza i Anny Murawjowowej, brat Matwieja, Ippolita, Wasilija, Jelizawiety, Anny. Podpułkownik gwardii, inżynier.

spark-g1a09a3706_1920

 
 
„Coraz to z ciebie, jako z drzazgi smolnej,
Wokoło lecą szmaty zapalone;
Gorejąc, nie wiesz, czy stawasz się wolny.
Czy to, co twoje, ma być zatracone.
 
Czy popiół tylko zostanie i zamęt,
Co idzie w przepaść z burzą? Czy zostanie
Na dnie popiołu gwiaździsty dyjament,
Wiekuistego zwycięstwa zaranie?”
 

Zostawmy dekabrystom trochę nadziei…

 
I na dzień świętej nam wolności
Czekamy ufnie, z utęsknieniem,
Jak czeka młody oblubieniec
Na umówioną noc miłości.
Póki swobodny płomień tajny
Rozpala serc szlachetnych wnętrze,
Ojczyźnie, bracie mój, oddajmy
Porywy duszy najgorętsze.
O, druhu! wierz mi, wzejdzie ona
Szczęśliwa gwiazda nad ojczyzną,
Zerwie się Rosja przebudzona
I na ruinach despotyzmu
Wyryje lud nasze imiona.

***

W tekście wykorzystałam kadry z filmu „Unia Zbawienia”.

Zacytowane utwory: „O, jaka noc” Puszkina, „Konrad Wallenrod” Mickiewicza” „Głos w sprawie pornografii” Szymborskiej, „Szubienica Zawiszy” Ehrenberga, „Za kulisami” Norwida, „Do Czaadajewa” Puszkina.

W tytule  znajduje się odniesienie do oryginalnej wersji wiersza „Do Czaadajewa” Puszkina.

O Rosji, wolności, szubienicy i szampanie. Na kanwie filmu o dekabrystach „Unia Zbawienia” (2019)

W latach 20. XIX wieku Rosja jest gigantem. Po pokonaniu Napoleona stała się największym mocarstwem w Europie. Rosja carska to olbrzymie wojska, które w tym filmie oglądamy w pełnej krasie, w całej wspaniałości – podczas przemarszów, a także na placu podczas parad i przeglądów. To splendor mundurów i szarż. To całe bogactwo carskiego dworu i ceremoniału, których też nam twórcy filmu nie żałują. To olbrzymie połacie wielkiego kraju, które przemierzają konno bohaterowie. Tak, carat robi imponujące wrażenie. Żeby porwać się na carat, trzeba było być, mówiąc z rosyjska, „sumaszedszym”.
A jednak znaleźli się tacy. Grupa oficerów, która otrzymała europejskie wykształcenie, przesiąknięta zachodnimi ideałami wolności, postanawia wyzwolić Rosję i uczynić z niej inny kraj – nowoczesny. W którym chłopi będą ludźmi, w wojsku nie będzie chłosty, car nie będzie bogiem, a poddani cara nie będą niewolnikami. Zawiązują tajne stowarzyszenie – Sojuz Spasjenia (Unię Zbawienia – późniejsi dekabryści). Film jest historią tego związku i przewrotu, jaki jego członkowie próbowali wywołać w grudniu 1825 roku. Przewrotu nieudanego, który skończył się doraźnym rozkazem strzelania wydanym przez cara, a potem aresztowaniami, zsyłkami i egzekucją pięciu najważniejszych członków.
 
 
Screenshot 2021-12-10 at 17-21-30 A Terrible Hailstorm Canister Grapeshot in Linear Warfareas portrayed in Union of Salva..-Enhanced-Color-Restored
*
union-of-salvation_600_337_1
 
W filmie oglądamy postaci dekabrystów. Widzimy Pawła Pestela, który jako jedyny jest naprawdę bezwzględny i zakłada zamordowanie cara oraz całej jego rodziny. Poetę Rylejewa, który jest gotowy na ofiarę z siebie dla wolności ojczyzny. Księcia Trubeckiego, w którym rewolucjoniści chcą widzieć swojego dyktatora, a któremu brakuje radykalizmu – wzdraga się przed rozlewem krwi cara, zwleka, za co niestety całe przedsięwzięcie płaci klęską. I Siergieja Murawjowa-Apostoła, idealistę, który pragnie zmian.
„Wolność to możliwość podążania za swoim przeznaczeniem” – mówi młodziutki jeszcze, około dwunastoletni Murawjow w przypadkowej, ale znamiennej rozmowie z samym cesarzem Napoleonem, wizytującym paryską szkołę dla chłopców, w której przyszły dekabrysta się uczy. I to idealistyczne pojęcie, połączone z poczuciem własnej godności i śmiałością głoszenia swoich poglądów, zachowa Murawjow do końca. Aż do momentu, gdy na jego szyję zostanie założona szubienica.
 
 

Car: Moja wola jest prawem

Chyba właśnie Siergiej Murawjow-Apostoł, awansujący w filmie na głównego bohatera, najlepiej wciela tu ideę dekabrystów, Śmiały, ambitny wychowanek zagranicznych szkół, który oddychał atmosferą Francji i sporo z niej wyniósł, Murawjow w tym filmie jest postacią szczególną. Nie ma w nim ani odrobiny służalczości czy uniżenia. Zdaje się dążyć do zniesienia różnić między ludźmi. Do rangi symbolu urasta jedna z początkowych scen. Po zwycięstwie Rosji nad Napoleonem odbywa się wielka parada wojsk na cześć tego wydarzenia. I oto przychodzi wiadomość, że car ma zaszczycić żołnierzy i pojawić się na placu we własnej osobie. Młody oficer Murawjow, pijany tryumfem i radością zwycięstwa, biegnie przez plac ze skrzynką szampana, bo może car zechce wychylić z żołnierzami kieliszek przy tej szczególnej okazji? Jego naiwny entuzjazm zderza się jednak z nieubłaganym dystansem władzy do zwykłych poddanych. O piciu szampana z Jego Wieliczestwem nie ma mowy. Murawjow zostaje surowo skarcony za swe niekonwencjonalne zachowanie. Nie aresztują go tylko z uwagi na niezwykłość dnia.
 
Myślę, że ta scena determinuje całe przyszłe losy Murawjowa i jemu podobnych oraz ich stosunek do caratu. Murawjow chciałby mieć cara bliskiego. Takiego, który jest podobny do zwykłych ludzi. Takiego cara Murawjow – i dekabryści – byliby w stanie zaakceptować. Niestety na taki carat nie ma szans. Jest tylko nadludzka postać Jego Wieliczestwa i zamordyzm. „Moja wola jest prawem” – mówi car Aleksander w rozmowie z bratem. Dekabryści i car – tak rozumiany – nie mogą istnieć razem w Rosji. Musi zginąć albo car, albo oni.
 
 

Szubienica i szampan

Film kończy się, jak wspomniałam, sceną egzekucji pięciu najciężej winnych spiskowców. Są wśród nich Paweł Pestel, Siergiej Murawjow-Apostoł, poeta Kondratij Rylejew. W trakcie wieszania trzech z nich zrywa się ze sznurów. Przez chwilę widzimy Murawjowa, który wydobywa się z worka, narzucanego na skazanych, i z podduszoną już krtanią rzęzi głośno. Za chwilę cała operacja wieszania będzie powtarzana od nowa. Jest to jedna z najbardziej przejmujących scen filmu.
Scena picia szampana z carem pojawia się zresztą na sam koniec obrazu. Pojawia się jako wyobrażona, idealna scena tego, co mogłoby być, gdyby wszystko potoczyło się inaczej – i skończyło dobrze. Są w niej powieszeni dekabryści, znów żywi; stary, wcześniej już zmarły car Aleksander, nowy car Mikołaj; carscy generałowie zabici w wyniku przewrotu, także na powrót żywi. Wszyscy zadowoleni, szczęśliwi, akceptujący się wzajemnie.
Jego Wieliczestwo traci na chwilę swoją surowość, uśmiecha się i decyduje się wychylić z obecnymi lampkę szampana.
Młody car Mikołaj również uśmiecha się promiennie w tej scenie – po raz pierwszy. Wczesnej nie uśmiechnął się ani razu w ciągu całego filmu.
Po Murawjowie nie znać żadnych śladów kaźni.
Scena-marzenie. Wyidealizowany obraz pojednania władcy z poddanymi, buntowników z legalną władzą, katów z ofiarami. Obraz tego, co nigdy nie zaistnieje. Ale czy możemy zabronić Rosji marzyć?
 
*
Jest rok 1825. Zima. Sroga, rosyjska zima, która skuwa nieskończone przestrzenie tego kraju śniegiem i lodem. Ta zima będzie trwała w Rosji jeszcze długo. Może trwa do dziś.

„Hamlet” Gregory ’ego Dorana z 2009 roku

Anglicy mają jedną rzecz, którą mogą się chełpić. Jest nią Szekspir. A nawet powiedziałabym, że mają dwie takie rzeczy. Drugą jest Royal Shakespeare Company, sławny angielski zespół teatralny ze Stratford-upon-Avon. Kiedy się połączy te dwie rzeczy, uzyskuje się taką adaptację „Hamleta”, jaką w 2009 roku przedstawiła brytyjska telewizja BBC.

Nie chcę tutaj tworzyć pełnej recenzji tej ekranizacji – wydaje mi się, że to zadanie dla szekspirologów. Chcę tylko zostawić garść uwag, które mogą dać wyobrażenie o tym dziele.

Mamy do czynienia z filmem, a nie z teatrem telewizji. Twórcom udało się połączyć dynamiczne środki filmowe z ekspresyjnym teatralnym aktorstwem. Wielbiciele Mistrza ze Stratfordu nie powinni być zawiedzeni. Realia zewnętrzne zostały uwspółcześnione, ale owo uwspółcześnienie naprawdę się broni. W ogóle ekranizacja ta – mimo współczesnych rekwizytów – jest zadziwiająco klasyczna, zadziwiająco wierna Szekspirowi. Widziałam już adaptacje zgodne z XVI-wiecznymi realiami, które były bardziej „burzycielskie” i ryzykownie „nowatorskie” niż ten film. Dlatego myślę, że tradycjonalistów nie musi przerażać monitoring na zamku Elsynor i współczesne garnitury na bohaterach. Wszystko to współtworzy klimat nowoczesnego, mrocznego filmu z elementami sensacji, grozy i psychologii, ukazującego ponadczasową historię bardzo prawdziwie.

Szekspir nie zawsze jest „w dobrym guście”, ale twórcy filmu nie boją się tego, nie usiłują go „stonować”. Dlatego widzimy na przykład z bardzo szarżujące błaznowanie Hamleta w scenach z Poloniuszem czy też z Rozenkranzem i Guildensternem. Również scenę grania sztuki o zabójstwie Gonzagi, pokazaną w stylu teatru elżbietańskiego, należy zaliczyć do tych aktów śmiałości stylistycznej.

Aktorstwo w tym filmie to naprawdę arcydzieło i zasługuje na osobne omówienie. Mamy do czynienia z adaptacją spektaklu RSC z oryginalną obsadą, stąd też obok Davida Tennanta również w pozostałych rolach zobaczymy same brytyjskie znakomitości. Szekspir to przecież przede wszystkim mistrzowskie słowo, które tutaj jest przez aktorów podawane w sposób dający prawdziwą radość ze słuchania. Patrząc na tę cudowną psychodramę mistrzów i słuchając tego koncertu starodawnej szekspirowskiej angielszczyzny, doświadczamy naprawdę czegoś więcej niż obcowania za Sztuką. Boje się napisać, że „katharsis’. Boję się też napisać, że obmycia duszy ze wszystkich brudów współczesnej byle jakiej pseudokultury i internetowych śmieci. Boję się to napisać, bo czy w XXI wieku jeszcze pisać takie rzeczy wypada? Czuć jednak wolno. Obserwując taką grę i taki sposób podawania słowa, jaki widzimy w tej adaptacji, przypominamy sobie nagle, po co istnieją szkoły teatralne, uczące studentów grania głębokich i wielkich uczuci i mówienia wysublimowanym tekstem literackim. Bo po obejrzeniu setki telenowel jużeśmy o tym z kretesem zapomnieli.

Skupię się jednak na Hamlecie, którego kreuje fascynujący David Tennant.

Od pierwszej sceny, w której gra człowieka pogrążonego w żałobie i głębokiej depresji, skonfrontowanego z obojętnym, nie podzielającym jego uczuć otoczeniem – Hamlet Tennanta kupuje sobie widza, zdobywa jego całkowitą sympatię.
Tennant potrafi błaznować i być antypatyczny, ale umie też prawdziwie wzruszać. Człowiek, którego polubiliśmy na początku i któremu od początku kibicujemy, przez cały czas nie traci naszej akceptacji.

Niezwykle silna, skrajna reakcja emocjonalna, jaką ukazuje Tennant w porażająco zagranej rozmowie z Duchem Ojca zdaje się sugerować początek jakiegoś rozpadu osobowości czy obłędu bohatera. Nasuwa to hipotezę interpretacyjną, że może książę naprawdę oszalał, a więc hipotezę dwóch obłędów: szalony Hamlet jednocześnie udaje szaleństwo na użytek otoczenia… Koncepcja rzeczywistego obłędu byłaby bardzo ciekawa i wiele by wyjaśniała – przede wszystkim późniejszy sposób działania Hamleta, jego gwałtowność i nieobliczalność, kwestionowanie całej dotychczasowej wizji świata.

Trudno też nie wspomnieć o porażającej nocnej scenie z matką, w której Penny Downie, podobnie jak Tennant, wznosi się na wyżyny aktorstwa.

Nadmienię jeszcze o Mariah Gale, która była wspaniała w roli Ofelii – tak świeża i oryginalna, a w scenie obłędu tak prawdziwa, że nawet dla niej samej warto byłoby zobaczyć tę produkcję. Zresztą niemal każdy z aktorów zasługiwałby na omówienie – i Patrick Stewart w roli obu królów: zamordowanego Hamleta i zbrodniczego brata, i Peter de Jersey, który grał Horatia, i wielu innych.

Podsumowując, „Hamlet” Gregory ’ego Dorana to rzecz do obejrzenia „koniecznie”. I to nie tylko dla zapamiętałych wielbicieli Szekspira.

Zdjęcie pochodzi ze strony https://teatrtv.vod.tvp.pl/25607285/hamlet-rez-g-doran. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną. / The photo comes from https://teatrtv.vod.tvp.pl/25607285/hamlet-rez-g-doran. If the rights holders of this photo do not want it to be featured on this page, please contact me. 

„Hamlet” (2009), reż. Gregory Doran
Książę Hamlet – David Tennant
Klaudiusz/Król Hamlet – Patrick Stewart
Królowa Gertruda – Penny Downie
Ofelia – Mariah Gale
Horatio – Peter de Jersey

Pilnie poszukuję trochę Weltschmerzu! O filmie „Zakochany Goethe”

lik ggggggggg

Niedawno nadrobiłam zaległości i obejrzałam film „Zakochany Goethe”. Jest to zabawny i uroczy film, który jednak raczej nie ma nic wspólnego z romantyzmem, z Goethem, a tym bardziej z Werterem. Piszę to na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że jest to coś w rodzaju ekranizacji „Wertera” lub że znajdzie tu klimat słynnej sentymentalnej powieści o zakochanym młodzieńcu. Nic bardziej mylnego. Jest to optymistyczna, przetykana humorem opowiastka na temat: „Jak mogło dojść do napisania <<Cierpień młodego Wertera>>”.

Goethe, wesoły, lekkomyślny młody byczek poznaje Lottę, swobodną, bardzo łatwo – aż za łatwo – nawiązującą kontakty panienkę. Następuje wzajemne zauroczenie. Para przesypia się ze sobą już przy trzecim spotkaniu. Wkrótce Lotta zostaje przez ojca poinformowana o konieczności poślubienia bogatego adwokata. Postaci są nieznośnie współczesne, a całe zakochanie Goethego i Lotty płytkie jak kałuża. Tym bardziej wrażliwym i tragicznym jest tutaj pałętający się w drugim planie kolega Goethego, Jerusalem (postać autentyczna) i to on popełnia samobójstwo.

Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć komedię romantyczną w historycznych kostiumach i z luźnymi odniesieniami do biografii Goethego, to może mu się ten film spodobać. Ale ten, kto liczy na jakiekolwiek związki z historycznym czy kulturowym romantyzmem, na odrobinę pogłębienia, na trochę prawdziwego ducha Goethego, raczej nie znajdzie tu nic dla siebie.

Generalnie jedyną prawdą w tym filmie jest to, iż pokazuje, jak to z mierzwy życia, z tego, co w życiu jest błahostką, czymś przelotnym czy płytkim, może powstać wielka poezja z jej głębią i tragizmem. Tak akurat w rzeczywistości często bywa. Ale sam młody Goethe, jeden z najbardziej wyjątkowych umysłów epoki, przyszły wielki poeta i uczony, raczej był kimś więcej niż tylko wesołym, wyluzowanym młodym gościem, który lubił pić, imprezować i podrywać dziewczyny. A o historii jego miłości do Charlotty Buff, choćby nawet nie była ona dramatyczna i nie skończyła się tragicznie, można powiedzieć coś znacznie ciekawszego niż to, co tutaj pokazano.

Tytuł tej recenzji jest oczywiście żartem. Nie domagam się, żeby bohaterowie literaccy czy filmowi koniecznie cierpieli czy przeżywali pesymistyczne stany, a tym bardziej, broń Boże, popełniali samobójstwa. Weltschmerz, kojarzący się z duchem „Wertera”, niech tu będzie symbolem jakiejkolwiek głębi, której tu zabrakło.

Tytuł oryginalny: Goethe!, Niemcy 2010
reżyseria: Philipp Stölzl
scenariusz: Alexander Dydyna, Christoph Müller, Philipp Stölzl

Johann Wolfgang Goethe – Alexander Fehling
Lotta – Miriam Stein
Wilhelm Jerusalem – Volker Bruch
Albert Kestner – Moritz Bleibtreu
ojciec Lotty – Burghart Klaußner
ojciec Goethego – Henry Hübchen

Zdjęcie pochodzi z grafiki google. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną. / The photo is from google graphics. If the rights holders of this photo do not want it to be featured on this page, please contact me.

Wyciszony Raskolnikow. Serial „Zbrodnia i kara” z 2007 roku

Ostatnio, szukając adaptacji „Zbrodni i kary”, trafiłam na ośmioodcinkowy rosyjski serial telewizyjny z 2007 roku. Zadowolona, że mogę pić z samego źródła (bo przecież kto powinien robić ekranizacje Dostojewskiego, jesli nie Rosjanie), zabrałam się do oglądania.

Serial jest bardzo starannie zrobiony. Rzuca się w oczy, że zrealizowany jest z wielkim szacunkiem dla dzieła Dostojewskiego. Ukazuje właściwie całą fabułę powieści, od początku do końca, niczego niemal nie pomijając, ze wszystkimi wątkami pobocznymi i epizodami. Nie pomija nie tylko całej historii Duni, Łużyna, Swidrygajłowa (ze wszystkimi odrażającymi okolicznościami), ale także szczegółów związanych z Zosimowem czy Zamiotowem. Nie pomija stypy, oskarżenia Soni o kradzież, nawet pomniejszych scen z Lebieziatnikowem. Kopiuje niemal po kolei wszystkie rozmowy i sytuacje nakreślone w powieści .Czy to dobrze? Na pewno świadczy o pietyzmie wobec powieści.

Jest jeszcze jeden element, który rzuca się w oczy. W serialu słyszymy myśli Raskolnikowa, towarzyszące jego wędrówkom i działaniom. Odnoszę wrażenie, że jest tych myśli trochę za dużo. Nadaje to filmowi cechę zbytniej literackości. Troszeczkę jakby zbyt wiele tu „czytania powieści”. Od razu przypomina mi się zdanie Raskolnikowa z powieści „Za dużo ględzę”. Rozterki, wahania i całe wewnętrzne miotanie się Rodiona można było przecież oddać inaczej. Ta literackość, niejako ilustracyjność jest cechą całej tej produkcji, która jakoś mało korzysta z możliwości filmowych. Weźmy chociażby malignę Rodiona po morderstwie – przecież aż by się prosiło oddać jego majaczenia różnymi środkami filmowymi, dźwiękami, muzyką, obrazem. Niestety nic takiego nie zobaczyliśmy.

„Wspomniałem ci przed chwilą, że nie stać mnie było na uniwersytet. Czy wiesz, że to może nieprawda? Matka by mi przysłała na czesne, a na buty, ubranie, na chleb sam bym zarobił; na pewno! Nastręczały się korepetycje, proponowano po pół rubla. Przecie Razumichin pracuje! Ale zeźliłem się i nie zechciałem. Właśnie zeźliłem się (dobre to słowo!). Zaszyłem się w kąt jak pająk. (…) A czy wiesz, Soniu, że niskie powały i ciasne pokoje dławią duszę i umysł ? Och, jakże nienawidziłem tego barłogu! Mimo to wychodzić z niego nie chciałem. Umyślnie nie chciałem! (…) Najlepiej lubiłem leżeć i myśleć. Ciągle myślałem… I wciąż śniły mi się sny, różne dziwne sny (…)” (przekład: Czesław Jastrzębiec-Kozłowski).

Aktorzy zostali dobrani z wielką starannością. Twórcy wyraźnie chcieli odwzorować postaci zgodnie z powieściowym opisem. Mamy więc Rodiona z ciemnoblond włosami i ciemnymi oczami, tłustawego Zosimowa czy nawet czarnowłosą gospodynię. Również co do cech wewnętrznych wiernie zostały oddane charaktery Dostojewskiego. Pewne samodzielniejsze innowacje zauważyłam tylko w postaci Duni i matki Rodiona. Dunia wydaje się być słabsza i bardziej wyciszona, niż literacki pierwowzór, nie ma tej siły i pewności siebie, jaką miała w kreacji pisarza.. Natomiast mama od początku jest wyraźnie rozchwiana emocjonalnie, niemal z jakimiś zaburzeniami, jakby twórcy chcieli już ukazać zaczątki jej późniejszej choroby psychicznej.

Co do gry aktorskiej, to największe zadanie spoczywało oczywiście na Władimirze Koszewoju, który wcielał się w rolę Rodiona. Gra on Raskolnikowa na pewnym wyciszeniu. Mam wrażenie, że Rodi przydałoby się więcej ekspresji. Ale rzecz nie w aktorstwie, lecz w koncepcji postaci. Nieustannie towarzyszyło mi odczucie, że w serialowym Rodi jest za malo pasji, za malo buntu, za mało tej „zaciekłej pogardy”, które to przecież ostatecznie doprowadziły go do krwawego czynu. „Zeźliłem się” – powiedział w powieści Rodion o sobie, opisując genezę swojej idei. I to jest właśnie najprostszy klucz do tej postaci. Tutaj tego „zeźlenia” nie widzę. Tutaj Rodion jest zbyt „przytłumiony”, zbyt zamyślony, zbyt jednobarwnie ponury, i ta ponurość nie wiadomo, z czego wynika.

Cały w ogóle serial ma pewien problem. Choć tak „po bożemu”, z taką wiernością wobec Dostojewskiego zrobiony, to – paradoksalnie – za mało w nim jest dostojewszczyzny! Dostojewski to przecież szaleństwo. To krzyczące emocje na każdej stronicy i w każdej scenie, to skrajności. To pomieszanie dobra ze złem, to groza i histeryczny śmiech zarazem. Tej histerycznej nuty właśnie mi tutaj zabrakło. Zanadto tutaj ten Dostojewski stonowany , choc zewnętrznie niby wszystko pokazano. Może właśnie ta solenność i „nabożność” adaptacji jest temu winna. Może nadmiar materiału, który wzięto pod uwagę, pokazując po kolei wszystko, co się da. Ekranizacja powinna jednak zawsze być interpretacją, selekcjonować materiał i rozkładać akcenty na swój sposób, po to, aby dzieło wybrzmiało. Sceny takie, jak targanie Marmieładowa za włosy przez żonę i jego okrzyki, że jest mu to „rozkoszą”, awantura na stypie, rozchełstani lokatorowie włażący do pokoju i „kibicujący” w czasie małżeńskich dramatów – te wszystkie sytuacje, przy których nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, a które są żywiołem Dostojewskiego – powinny mocniej determinować cały klimat. A i Raskolnikow, który w powieści przecież często zachowuje się jak szaleniec czy epileptyk, miewa jakieś ataki nerwowe, przejawia bardzo silne reakcje emocjonalne, tutaj, jak się rzekło, jest zbyt spokojny. Ogólniej patrząc, w całej adaptacji zabrakło pasji i napięcia emocjonalnego. A Dostojewski bez pasji i napięcia emocjonalnego to taki trochę nie Dostojewski…

W zakończeniu z kolei twórcy spróbowali wykazać się oryginalnością. Wycięli finalne nawrócenie Raskolnikowa i jego pojednanie z Sonią i ze światem, zatrzymując się na etapie poczucia bezsensu całej katorgi i własnego przyznania się do winy, który u Rodiona panował wcześniej. Zaniedbali tym samym to, co jest u Dostojewskiego tak ważne: tryumf miłości i chrześcijańskiego przesłania. Zakończenie to ma jednak charakter raczej otwarty, nie wyklucza przecież dopisywanego sobie przez widza w głowie dalszego ciągu, w którym znany nam finał może jednak nastąpić. Jednak faktem jest, że tak ważne dla Dostojewskiego chrześcijańskie przesłanie nie zostało uwypuklone. Tym samym twórcy kładą nacisk raczej na polifoniczność powieści.

Zdjęcie pochodzi ze strony https://www.kino-teatr.ru/kino/movie/ros/ser/8834/foto/7340/#foto. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną. 
Фото с сайта https://www.kino-teatr.ru/kino/movie/ros/ser/8834/foto/7340/#foto. Если правообладатели этой фотографии не хотят, чтобы онa находилась на этой странице, свяжитесь, пожалуйста, со мной.

Zbrodnia i kara, serial TV (2007)
Tytuł oryginalny: Priestuplienje i nakazanje

Rodion Raskolnikow – Władimir Koszewoj
Sonia – Polina Filonienko
Marmieładow – Jurij Kuzniecow
Marmieładowa – Swietłana Smirnowa
Razumichin – Siergiej Pieriegudow
Pulcheria Aleksandrowna Raskolnikowa – Jelena Jakowlewa
Awdotia Romanowna Raskolnikowa – Jekatierina Wasiliewa
Porfiry Pietrowicz – Andriej Panin
Łużyn – Andriej Zibrow
Swidrygajłow – Aleksander Bałujew

Reżyseria – Dmitrij Swietozarow
Scenariusz – Michaił Smolanickij

„Ponieważ cię kocham… Ponieważ cię uwielbiam”. „Carmen” z Opery Fińskiej z 2018 r. *

Miłość to jeden z najbardziej ekscytujących tematów na świecie. Zarazem to źródło rozlicznych nieszczęść, dramatów, zbrodni, zabójstw, samobójstw i obłędów. Tak przynajmniej chce literatura, teatr, film i piosenka. A dzięki temu widz ma co oglądać, a czytelnik – co czytać.

Opera „Carmen” powstała w 1875 roku i od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nawet, jesli mamy do czynienia z tak nowoczesną inscenizacją, jak ta Erika Söderbloma z 2018 roku. Don José we współczesnej białej koszuli i krawaciku wygląda mniej więcej jak sklepowy ochroniarz, a jego przełożony (w oryginale wojskowy, porucznik Zuniga) jak tego sklepu kierownik. Wielki toreador Escamillo to współczesny, narcystyczny celebryta w marynarce z błyszczącym kołnierzem. W scenie zmiany warty naśladujące żołnierzy dzieci ostrzeliwują ich z plastikowych pistoletów. Przemytnicy z bandy, do której należy Carmen, pojawiają się w skórzanych kurtkach i z karabinami na plecach. Carmen – w obcisłej, nowoczesnej „małej czerwonej”. Zachowanie bohaterów jest także odpowiednio uwspółcześnione.

W tym spektaklu dzieje Joségo i Carmen zostają opowiedziane nie poprzez historyczne realia czy czerwone falbany, ale na poziomie współczesnego, psychologicznego filmu.

Ale muzyka jest muzyką. Emocje również są emocjami. A tych emocji jest bardzo wiele. Jest to bardzo „aktorskie” przedstawienie, a gdy się je obserwuje nie na żywo, lecz na ekranie (jak to się zdarzyło w przypadku niżej podpisanej), tym bardziej patrzy się na nie jak na film.

Przeciwko koncepcji postaci można się buntować, ale można ją w miarę oglądania zaakceptować i polubić. Don José (walijski tenor Sam Furness) to tutaj taki trochę nieokrzesany, ale dobroduszny i naiwny absolwent zawodówki czy nieskomplikowany bywalec siłowni. Carmen (chorwacka mezzosopranistka Ivana Srbljan) jest tą, która z nagła „wyjmuje” go z jego prostego, naiwnego świata. Gdy kobieta go prowokuje, José wprost nie wie, gdzie oczy podziać, w takie zakłopotanie go wprawia jej otwarta i zaczepna seksualność. Z kolei Carmen trochę tutaj traci na swojej dzikości i pierwotności, jest nieco poważniejsza i bardziej „pogłębiona”, niż to tradycyjnie bywa w przedstawieniach tej sztuki.

Bohaterowie są przez cały czas tak konsekwentnie, realistycznie, „filmowo” prowadzeni po względem aktorskim. W scenie w Lillas Pastia mamy już szczytowy punkt tego aktorstwa: ogląda się ją jak kłótnię serialowych kochanków. Ale Aria z kwiatem w wykonaniu Sama Furnessa jest piękna jak zawsze. A don José w tej scenie jest naprawdę wzruszający.

Sposób kreowania postaci przez Sama Furnessa pomaga lepiej zrozumieć dramat tego prostego, nieskomplikowanego chłopaka, który zostaje wyrwany ze swojej sielskości i niewinności, do których nie ma już powrotu. A towarzysząca mu Carmen? Wrodzona wytworność i elegancja chorwackiej śpiewaczki wcale jej nie przeszkadzają. Nie stara się na siłę być ordynarna, jest po prostu doświadczoną, świadomą siebie, chwilami wręcz wyrafinowaną kobietą.

Siła wspanialej muzyki i pięknego śpiewu broni się zawsze, nawet w trywialnym przebraniu. A dramat miłości i zbrodni jest zawsze ten sam i budzi w widzu te same przeżycia, dla których zawsze chodzi się do teatru. Natomiast role głównych odtwórców może pozwolą innymi oczami spojrzeć na jednych z najpopularniejszych operowych bohaterów.

Zdjęcie pochodzi ze strony https://www.jyvaskyla.fi/konsertit. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną / The photo comes from https://www.jyvaskyla.fi/konsertit. If the rights holders of this photo do not want it to be featured on this page, please contact me. 

Spektakl opery fińskiej
Wykonanie: Jyväskylä Opera, Jyväskylä Sinfonia, Jyväskylä Opera Choir
Reżyseria: Erik Söderblom
Dyrygent: Ville Matvejeff

Carmen – Ivana Srbljan
Don José – Sam Furness
Micaëla – Kaisa Ranta
Escamillo – Waltteri Torikka

Nagranie z 2018 r. dostępne na YouTube.

* Tytuł zawiera cytat z opery.

„Dzieje grzechu” Żeromskiego. Przeżycie, nie tylko lektura

„Czy są takie grzechy ludzkiego życia, żeby już nigdy nie mogły być zmazane, zatarte, zgładzone? Czy są takie występki, których życie późniejsze już niczym, niczym zasłonić nie zdoła? Czy grzechy są niezniszczalne na wieki, czy one są same w sobie, czy są urojeniami naszej duszy? Czy natura ludzka nie może stać się po wtóre czystą, znowu taką jak przezrocze diamentu co do mocy i znowu tak żywą, tak śpiewającą jak wody morza?”

***

„— Żyć można, jak komu wygodniej. Można być nieuczciwym, można być niskim, można wszystkim, czym kto chce, byleby znaleźć chwile i godziny zapomnienia. Nie myśleć i nie cierpieć! Cały bowiem tragizm jest w tych wyrazach. Poza nimi wszystko jest dozwolone.”

Skończyłam czytać powieść Żeromskiego Dzieje grzechu. Kosztowało mnie to trochę wysiłku, ale nie żałuję.

Książka po raz pierwszy została opublikowana w 1908 roku. Została wówczas uznana za skandalizującą, dziś jednak już raczej niewiele z tego skandalu pozostało.

Że 7

Powieść jest studium upadku moralnego młodej kobiety, Ewy Pobratyńskiej. Bohaterka, młoda, niewinna dziewczyna, zakochuje się pierwszą, romantyczną, odwzajemnioną miłością w Łukaszu Niepołomskim, który wynajmuje pokój u jej rodziców. Pech chce, że Lukasz jest żonaty. Jest w trakcie unieważniania małżeństwa, ale niestety napotyka w tej sprawie na pewne trudności.

Poznajemy Ewę jako niewinną, czystą, wierzącą dziewczynę. W dodatku w dniu, w którym pisarz nam ją prezentuje, Ewa przystępuje do spowiedzi. Jest głęboko przejęta duchem skruchy, zdecydowana doskonalić się wewnętrznie, pełna planów i zapału w tym kierunku. Modli się żarliwie… Ironia losu (?) chce, że właśnie w tym dniu poznaje Łukasza. Ich miłość jest początkowo zupełnie niewinna i platoniczna, bardzo wyidealizowana. Łukasz narzuca sobie surową dyscyplinę, żeby nie „zgubić” Ewy. Jednak fatalny los pcha ich do przodu. Trudności z uzyskaniem unieważnienia małżeństwa przez Łukasza powodują, że młodzi muszą się rozstać. Kolejne wydarzenia skłaniają Ewę do ucieczki z domu i zamieszkania z Łukaszem…

”(…) zdrada jest wszędzie, we wszystkich ludzkich duszach, we wszystkich ludzkich oczach.  (…) Zdrada jest powszechna jak oddech. A w Pani oczach jak w sercu dziewic czystych, o których mówi święty Jan — »nie masz zdrady«. Obudzę się jutro i z ufnością westchnę: jej serce wierne jest jak serce rycerza. Ręka jej podana — to uścisk honoru. Spojrzenie jej — to spojrzenie na sztandar. To, co wyrzekła — wyrzekła. Jakież to szczęście przyjść do tej duszy i stanąć przed tymi oczyma!…”

Wydaje się, że od chwili poznania przez Ewę miłości fizycznej zaczyna się równia pochyła bohaterki. Fatalizmu jej losu dopełnia kolejne wymuszone rozstanie z ukochanym. Dalsza droga prowadzi Ewę poprzez przypadkowe znajomości i romanse, rozwiązłość, dzieciobójstwo, aż po prostytucję i udział w zbrodni. I aż do smutnego końca…

Że Strona tytułowa powieści w wydaniu z 1928 Stefan Żeromski [CC0]
                                                  Strona tytułowa powieści w wydaniu z 1928 roku

Ale oczywiście Żeromski nie jest pisarzem, który stworzyłby płaską powieść umoralniającą. Nie jest to także bynajmniej skandalizujący erotyk, choć jak na tamte czasy powieść musiała być odważna. Jest to głębokie studium duszy ludzkiej. Żeromski nadzwyczaj wnikliwie zanurza się w psychice bohaterki, ukazując stany psychiczne dziewczyny po utracie ukochanego oraz stopniowe zmiany w osobowości Ewy pod wpływem popełnianych złych uczynków. Eksploruje najmroczniejsze strony duszy ludzkiej, a także te najlepsze i najczystsze. Pokazuje nam mroczne przeżycia Ewy związane z samotnie znoszoną ciążą, z zabiciem dziecka w szoku poporodowym, z tęsknotą za ukochanym, z rozpaczą, z pragnieniem śmierci. A także proces demoralizacji bohaterki. Stopniowo ogarniający ją cynizm, chęć podeptania wszystkiego, co niegdyś kochała, mieszający się z powracającymi tęsknotami za dawną czystością i miłością. Nieudane próby podźwignięcia się. Jest to chyba jedna z najgłębszych książek, jakie w życiu czytałam.

„W tym samym czasie Ewa poczęła się „stroić” (jak twierdziła jej siostra Aniela). (…) Ta skłonność do ozdobności stroju zjawiała się powoli, rosła i dojrzewała. Była w tym doza zemsty, przechodząca aż w dziedzinę cynizmu.”

„Zimne błyskanie nieprzebłaganych oczu i wzgardliwy uśmiech — to najczęściej miała dla ludzi.”

„Przejdzie na drugą stronę tej sprawy ducha. Nie kochać go! Rozgrzeszona będzie z grzechu zabójstwa! Nie ma już potrzeby spowiedzi przed nim! Straszliwa noc rozpusty z tym człowiekiem nieznanym, rozpusty rozpasanej i prawdziwie zwierzęcej, wyrwała z duszy i z cielesnej powłoki duchową miłość.”

Żeromski wydaje się zadawać pytanie: skąd się bierze grzech? Jaki w grzechu, w złu jest udział własnej woli jednostki, a jaki – otoczenia, okoliczności? Nie znajdziemy na to w książce odpowiedzi. Choć cały przebieg fabuły, cały wydźwięk powieści bynajmniej nie oskarżają Ewy. Bohaterka budzi ogromne, serdeczne współczucie…

Że 3

Czytając tę książkę, wielokrotnie zadawałam sobie to pytanie o genezę zła. Wielokrotnie myślałam nad tym, jak można dojść od pierwszej, czystej miłości do upadku, prostytucji i zbrodni. Co było główną, przynajmniej tą zewnętrzną przyczyną nieszczęścia Ewy? Trudności ukochanego z uzyskaniem stanu wolnego? Fatalny pojedynek, w którym Łukasz został ciężko ranny, a który sprawił, że Ewa opuściła dom rodzinny, żeby go pielęgnować? Nieślubne dziecko? Czy wreszcie obyczajowość epoki, powodująca, że dziewczyna, która zamieszkała z mężczyzną bez ślubu, była stracona raz na zawsze? A może przyczyniła się do tego wszystkiego także niezwykła uroda Ewy, która ściągała na nią uwagę wszystkich mężczyzn? Gdyby nie ta uroda, Ewa byłaby wszak wolna od wielu zaczepek i znajomości… Nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie.

„Wyszła z tej księgarni blada. Twarz jej stała się surowa, kamienna i zaciekła. Kamienne także stały się oczy. Już w nich od tej chwili nie było dawnej dziecięcej prostoty, dawnej dziecięcej ufności. Uśmiech jej oczu stał się zewnętrzny i publiczny.”

„Ewa mogła teraz patrzeć w przepaść swych grzechów. Nie czuła do nich wstrętu, jak w Paryżu. Nudziły ją jednak. Ziewała na ich widok. Pojmowała ohydę grzechu rozpusty, ale nie mogła zdobyć się na nic, co by z niej mogło wyrwać.”

Ale Żeromski pisze przede wszystkim o tajemnicy duszy ludzkiej. O tym, że jest w niej tyleż dobra, co i zła. O tym, że granica między cnotą a występkiem jest bardzo cienka. O tym, że czasem potrzeba po prostu woli jednostki, żeby postanowić: „Wracam, będę dobra”. I zdaje się zadawać pytania: „A co, kiedy nie ma już tej woli? Co, kiedy zabraknie nadziei na to, że jest droga powrotu?” Ale pisarz wydaje się zadawać jeszcze jedną zagadkę, mroczną i wręcz okrutną: „Co może spowodować, że w człowieku nie ma już tej woli, tej nadziei? Jakie mechanizmy mają na to wpływ?”

„Dążyłam do swego celu. Cel mój był — Łukasz. Podeptałam wszystko, co było na mojej drodze. Podniosłam rękę na Boga. I odstąpiła mię łaska. W tym dniu, gdy byłam w łasce, ukazał się przede mną Łukasz. On się stał wieczną pokusą mego serca. Jest. Dlaczego tak się stało?”

Nie wiem, czy przeczytałabym tę powieść, gdyby nie cudowny styl Żeromskiego. Choć paradoksalnie jest on także źródłem trudności przy lekturze. Wszyscy znamy styl tego pisarza: staroświecki, trudny, zawikłany, poetycki. Wymaga od czytającego niemałego wysiłku. Jednocześnie jednak jest on największą ozdobą jego powieści. Niektóre fragmenty są wręcz urzekające, upajające, przepiękne. Inne znów, mówiące o rozpaczliwych cierpieniach bohaterów – są wstrząsające, przejmujące, ściskające za gardło. Żeromski z pewną hiperbolizacją ukazuje nam duszę ludzką miotającą się w cierpieniach, przeżywającą wręcz wszystkie udręki świata.

„Ujrzała w ciemnościach duszy swojej uśmiech Łukasza, uśmiech ówczesny, gdy jej coś żywo mówił, o czymś przekonywał, a przekonawszy zbliżał się na palcach i zamykał usta pocałunkiem. W jednym teraz olśnieniu uczuła wszystko szczęście miłości i niezgłębioną otchłań jego utraty. Jęknęła. Za chwilę wszystko minęło. Fala olbrzymia nakryła sobą i wypełniła przepaść. Został tylko dziwny szum w uszach, zemdlenie serca i szybkie szczękanie zębów.”

„Nad wszystkim panowało jedno pragnienie: nie dopuścić do siebie wspomnień o miłości, nie dać im nigdy zapanować w duszy. Nie pożądać z ducha, nie kochać sercem, nie płakać za minionym uśmiechem najdroższych ust, za brzmieniem głosu. Trwać tylko, trwać w spoczynku zapomnienia. — Nie czuć w sobie serca, gdyż bez serca jest dobrze, a z sercem straszliwie.”

Ta powieść to rozpacz, smutek i straszliwe cierpienie. Cierpienie bohaterki, które nieraz rozdziera serce. Czytając ją, byłam wstrząśnięta, do głębi poruszona, czułam zgrozę i ogromne współczucie.

Kocham Żeromskiego, ponieważ jest w tej powieści uczciwy, szczery i niczego czytelnikowi nie oszczędza. Ponieważ ukazuje prawdę duszy bohaterki do końca.

„Dzieje grzechu” to książka, którą się przeżywa, nie tylko czyta.

Jest to lektura trudna. Potrzeba wysiłku, aby przebijać się przez ten język. Jest także obciążająca psychicznie. Ale moim zdaniem wysiłek włożony w przeczytanie stokrotnie się opłaci.

„Poznałem Cię czystą jak górskie wody, białą jak śniegi krótkotrwałe na cyplach tatrzańskich, ujrzały Cię moje oczy w dniu spowiedzi… Oblubienico aniołów, siostro obłoków! Zachowaj czystość duszy…”

*

Cytaty przytoczyłam w oparciu o publikację „Dziejów grzechu” w Wolnych Lekturach.

*

W tekście wykorzystałam zdjęcie z ekranizacji powieści w reżyserii Waleriana Borowczyka (1975). Jeśli posiadacze praw autorskich do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij