Wyciszony Raskolnikow. Serial „Zbrodnia i kara” z 2007 roku

Ostatnio, szukając adaptacji „Zbrodni i kary”, trafiłam na ośmioodcinkowy rosyjski serial telewizyjny z 2007 roku. Zadowolona, że mogę pić z samego źródła (bo przecież kto powinien robić ekranizacje Dostojewskiego, jesli nie Rosjanie), zabrałam się do oglądania.

Serial jest bardzo starannie zrobiony. Rzuca się w oczy, że zrealizowany jest z wielkim szacunkiem dla dzieła Dostojewskiego. Ukazuje właściwie całą fabułę powieści, od początku do końca, niczego niemal nie pomijając, ze wszystkimi wątkami pobocznymi i epizodami. Nie pomija nie tylko całej historii Duni, Łużyna, Swidrygajłowa (ze wszystkimi odrażającymi okolicznościami), ale także szczegółów związanych z Zosimowem czy Zamiotowem. Nie pomija stypy, oskarżenia Soni o kradzież, nawet pomniejszych scen z Lebieziatnikowem. Kopiuje niemal po kolei wszystkie rozmowy i sytuacje nakreślone w powieści .Czy to dobrze? Na pewno świadczy o pietyzmie wobec powieści.

Jest jeszcze jeden element, który rzuca się w oczy. W serialu słyszymy myśli Raskolnikowa, towarzyszące jego wędrówkom i działaniom. Odnoszę wrażenie, że jest tych myśli trochę za dużo. Nadaje to filmowi cechę zbytniej literackości. Troszeczkę jakby zbyt wiele tu „czytania powieści”. Od razu przypomina mi się zdanie Raskolnikowa z powieści „Za dużo ględzę”. Rozterki, wahania i całe wewnętrzne miotanie się Rodiona można było przecież oddać inaczej. Ta literackość, niejako ilustracyjność jest cechą całej tej produkcji, która jakoś mało korzysta z możliwości filmowych. Weźmy chociażby malignę Rodiona po morderstwie – przecież aż by się prosiło oddać jego majaczenia różnymi środkami filmowymi, dźwiękami, muzyką, obrazem. Niestety nic takiego nie zobaczyliśmy.

„Wspomniałem ci przed chwilą, że nie stać mnie było na uniwersytet. Czy wiesz, że to może nieprawda? Matka by mi przysłała na czesne, a na buty, ubranie, na chleb sam bym zarobił; na pewno! Nastręczały się korepetycje, proponowano po pół rubla. Przecie Razumichin pracuje! Ale zeźliłem się i nie zechciałem. Właśnie zeźliłem się (dobre to słowo!). Zaszyłem się w kąt jak pająk. (…) A czy wiesz, Soniu, że niskie powały i ciasne pokoje dławią duszę i umysł ? Och, jakże nienawidziłem tego barłogu! Mimo to wychodzić z niego nie chciałem. Umyślnie nie chciałem! (…) Najlepiej lubiłem leżeć i myśleć. Ciągle myślałem… I wciąż śniły mi się sny, różne dziwne sny (…)” (przekład: Czesław Jastrzębiec-Kozłowski).

Aktorzy zostali dobrani z wielką starannością. Twórcy wyraźnie chcieli odwzorować postaci zgodnie z powieściowym opisem. Mamy więc Rodiona z ciemnoblond włosami i ciemnymi oczami, tłustawego Zosimowa czy nawet czarnowłosą gospodynię. Również co do cech wewnętrznych wiernie zostały oddane charaktery Dostojewskiego. Pewne samodzielniejsze innowacje zauważyłam tylko w postaci Duni i matki Rodiona. Dunia wydaje się być słabsza i bardziej wyciszona, niż literacki pierwowzór, nie ma tej siły i pewności siebie, jaką miała w kreacji pisarza.. Natomiast mama od początku jest wyraźnie rozchwiana emocjonalnie, niemal z jakimiś zaburzeniami, jakby twórcy chcieli już ukazać zaczątki jej późniejszej choroby psychicznej.

Co do gry aktorskiej, to największe zadanie spoczywało oczywiście na Władimirze Koszewoju, który wcielał się w rolę Rodiona. Gra on Raskolnikowa na pewnym wyciszeniu. Mam wrażenie, że Rodi przydałoby się więcej ekspresji. Ale rzecz nie w aktorstwie, lecz w koncepcji postaci. Nieustannie towarzyszyło mi odczucie, że w serialowym Rodi jest za malo pasji, za malo buntu, za mało tej „zaciekłej pogardy”, które to przecież ostatecznie doprowadziły go do krwawego czynu. „Zeźliłem się” – powiedział w powieści Rodion o sobie, opisując genezę swojej idei. I to jest właśnie najprostszy klucz do tej postaci. Tutaj tego „zeźlenia” nie widzę. Tutaj Rodion jest zbyt „przytłumiony”, zbyt zamyślony, zbyt jednobarwnie ponury, i ta ponurość nie wiadomo, z czego wynika.

Cały w ogóle serial ma pewien problem. Choć tak „po bożemu”, z taką wiernością wobec Dostojewskiego zrobiony, to – paradoksalnie – za mało w nim jest dostojewszczyzny! Dostojewski to przecież szaleństwo. To krzyczące emocje na każdej stronicy i w każdej scenie, to skrajności. To pomieszanie dobra ze złem, to groza i histeryczny śmiech zarazem. Tej histerycznej nuty właśnie mi tutaj zabrakło. Zanadto tutaj ten Dostojewski stonowany , choc zewnętrznie niby wszystko pokazano. Może właśnie ta solenność i „nabożność” adaptacji jest temu winna. Może nadmiar materiału, który wzięto pod uwagę, pokazując po kolei wszystko, co się da. Ekranizacja powinna jednak zawsze być interpretacją, selekcjonować materiał i rozkładać akcenty na swój sposób, po to, aby dzieło wybrzmiało. Sceny takie, jak targanie Marmieładowa za włosy przez żonę i jego okrzyki, że jest mu to „rozkoszą”, awantura na stypie, rozchełstani lokatorowie włażący do pokoju i „kibicujący” w czasie małżeńskich dramatów – te wszystkie sytuacje, przy których nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać, a które są żywiołem Dostojewskiego – powinny mocniej determinować cały klimat. A i Raskolnikow, który w powieści przecież często zachowuje się jak szaleniec czy epileptyk, miewa jakieś ataki nerwowe, przejawia bardzo silne reakcje emocjonalne, tutaj, jak się rzekło, jest zbyt spokojny. Ogólniej patrząc, w całej adaptacji zabrakło pasji i napięcia emocjonalnego. A Dostojewski bez pasji i napięcia emocjonalnego to taki trochę nie Dostojewski…

W zakończeniu z kolei twórcy spróbowali wykazać się oryginalnością. Wycięli finalne nawrócenie Raskolnikowa i jego pojednanie z Sonią i ze światem, zatrzymując się na etapie poczucia bezsensu całej katorgi i własnego przyznania się do winy, który u Rodiona panował wcześniej. Zaniedbali tym samym to, co jest u Dostojewskiego tak ważne: tryumf miłości i chrześcijańskiego przesłania. Zakończenie to ma jednak charakter raczej otwarty, nie wyklucza przecież dopisywanego sobie przez widza w głowie dalszego ciągu, w którym znany nam finał może jednak nastąpić. Jednak faktem jest, że tak ważne dla Dostojewskiego chrześcijańskie przesłanie nie zostało uwypuklone. Tym samym twórcy kładą nacisk raczej na polifoniczność powieści.

Zdjęcie pochodzi ze strony https://www.kino-teatr.ru/kino/movie/ros/ser/8834/foto/7340/#foto. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną. 
Фото с сайта https://www.kino-teatr.ru/kino/movie/ros/ser/8834/foto/7340/#foto. Если правообладатели этой фотографии не хотят, чтобы онa находилась на этой странице, свяжитесь, пожалуйста, со мной.

Zbrodnia i kara, serial TV (2007)
Tytuł oryginalny: Priestuplienje i nakazanje

Rodion Raskolnikow – Władimir Koszewoj
Sonia – Polina Filonienko
Marmieładow – Jurij Kuzniecow
Marmieładowa – Swietłana Smirnowa
Razumichin – Siergiej Pieriegudow
Pulcheria Aleksandrowna Raskolnikowa – Jelena Jakowlewa
Awdotia Romanowna Raskolnikowa- Jekatierina Wasiliewa
Porfiry Pietrowicz – Andriej Panin
Łużyn – Andriej Zibrow
Swidrygajłow – Aleksander Bałujew

Reżyseria – Dmitrij Swietozarow
Scenariusz – Michaił Smolanickij

„Hamlet” Gregory ’ego Dorana z 2009 roku

Anglicy mają jedną rzecz, którą mogą się chełpić. Jest nią Szekspir. A nawet powiedziałabym, że mają dwie takie rzeczy. Drugą jest Royal Shakespeare Company, sławny angielski zespół teatralny ze Stratford-upon-Avon. Kiedy się połączy te dwie rzeczy, uzyskuje się taką adaptację „Hamleta”, jaką w 2009 roku przedstawiła brytyjska telewizja BBC.

Nie chcę tutaj tworzyć pełnej recenzji tej ekranizacji – wydaje mi się, że to zadanie dla szekspirologów. Chcę tylko zostawić garść uwag, które mogą dać wyobrażenie o tym dziele.

Mamy do czynienia z filmem, a nie z teatrem telewizji. Twórcom udało się połączyć dynamiczne środki filmowe z ekspresyjnym teatralnym aktorstwem. Wielbiciele Mistrza ze Stratfordu nie powinni być zawiedzeni. Realia zewnętrzne zostały uwspółcześnione, ale owo uwspółcześnienie naprawdę się broni. W ogóle ekranizacja ta – mimo współczesnych rekwizytów – jest zadziwiająco klasyczna, zadziwiająco wierna Szekspirowi. Widziałam już adaptacje zgodne z XVI-wiecznymi realiami, które były bardziej „burzycielskie” i ryzykownie „nowatorskie” niż ten film. Dlatego myślę, że tradycjonalistów nie musi przerażać monitoring na zamku Elsynor i współczesne garnitury na bohaterach. Wszystko to współtworzy klimat nowoczesnego, mrocznego filmu z elementami sensacji, grozy i psychologii, ukazującego ponadczasową historię bardzo prawdziwie.

Szekspir nie zawsze jest „w dobrym guście”, ale twórcy filmu nie boją się tego, nie usiłują go „stonować”. Dlatego widzimy na przykład z bardzo szarżujące błaznowanie Hamleta w scenach z Poloniuszem czy też z Rozenkranzem i Guildensternem. Również scenę grania sztuki o zabójstwie Gonzagi, pokazaną w stylu teatru elżbietańskiego, należy zaliczyć do tych aktów śmiałości stylistycznej.

Aktorstwo w tym filmie to naprawdę arcydzieło i zasługuje na osobne omówienie. Mamy do czynienia z adaptacją spektaklu RSC z oryginalną obsadą, stąd też obok Davida Tennanta również w pozostałych rolach zobaczymy same brytyjskie znakomitości. Szekspir to przecież przede wszystkim mistrzowskie słowo, które tutaj jest przez aktorów podawane w sposób dający prawdziwą radość ze słuchania. Patrząc na tę cudowną psychodramę mistrzów i słuchając tego koncertu starodawnej szekspirowskiej angielszczyzny, doświadczamy naprawdę czegoś więcej niż obcowania za Sztuką. Boje się napisać, że „katharsis’. Boję się też napisać, że obmycia duszy ze wszystkich brudów współczesnej byle jakiej pseudokultury i internetowych śmieci. Boję się to napisać, bo czy w XXI wieku jeszcze pisać takie rzeczy wypada? Czuć jednak wolno. Obserwując taką grę i taki sposób podawania słowa, jaki widzimy w tej adaptacji, przypominamy sobie nagle, po co istnieją szkoły teatralne, uczące studentów grania głębokich i wielkich uczuci i mówienia wysublimowanym tekstem literackim. Bo po obejrzeniu setki telenowel jużeśmy o tym z kretesem zapomnieli.

Skupię się jednak na Hamlecie, którego kreuje fascynujący David Tennant.

Od pierwszej sceny, w której gra człowieka pogrążonego w żałobie i głębokiej depresji, skonfrontowanego z obojętnym, nie podzielającym jego uczuć otoczeniem – Hamlet Tennanta kupuje sobie widza, zdobywa jego całkowitą sympatię.
Tennant potrafi błaznować i być antypatyczny, ale umie też prawdziwie wzruszać. Człowiek, którego polubiliśmy na początku i któremu od początku kibicujemy, przez cały czas nie traci naszej akceptacji.

Niezwykle silna, skrajna reakcja emocjonalna, jaką ukazuje Tennant w porażająco zagranej rozmowie z Duchem Ojca zdaje się sugerować początek jakiegoś rozpadu osobowości czy obłędu bohatera. Nasuwa to hipotezę interpretacyjną, że może książę naprawdę oszalał, a więc hipotezę dwóch obłędów: szalony Hamlet jednocześnie udaje szaleństwo na użytek otoczenia… Koncepcja rzeczywistego obłędu byłaby bardzo ciekawa i wiele by wyjaśniała – przede wszystkim późniejszy sposób działania Hamleta, jego gwałtowność i nieobliczalność, kwestionowanie całej dotychczasowej wizji świata.

Trudno też nie wspomnieć o porażającej nocnej scenie z matką, w której Penny Downie, podobnie jak Tennant, wznosi się na wyżyny aktorstwa.

Nadmienię jeszcze o Mariah Gale, która była wspaniała w roli Ofelii – tak świeża i oryginalna, a w scenie obłędu tak prawdziwa, że nawet dla niej samej warto byłoby zobaczyć tę produkcję. Zresztą niemal każdy z aktorów zasługiwałby na omówienie – i Patrick Stewart w roli obu królów: zamordowanego Hamleta i zbrodniczego brata, i Peter de Jersey, który grał Horatia, i wielu innych.

Podsumowując, „Hamlet” Gregory ’ego Dorana to rzecz do obejrzenia „koniecznie”. I to nie tylko dla zapamiętałych wielbicieli Szekspira.

Zdjęcie pochodzi z grafiki google. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną. / The photo is from google graphics. If the rights holders of this photo do not want it to be featured on this page, please contact me. 

„Hamlet” (2009), reż. Gregory Doran
Książę Hamlet – David Tennant
Klaudiusz/Król Hamlet – Patrick Stewart
Królowa Gertruda – Penny Downie
Ofelia – Mariah Gale
Horatio – Peter de Jersey

„Ponieważ cię kocham… Ponieważ cię uwielbiam”. „Carmen” z Opery Fińskiej z 2018 r. *

Miłość to jeden z najbardziej ekscytujących tematów na świecie. Zarazem to źródło rozlicznych nieszczęść, dramatów, zbrodni, zabójstw, samobójstw i obłędów. Tak przynajmniej chce literatura, teatr, film i piosenka. A dzięki temu widz ma co oglądać, a czytelnik – co czytać.

Opera „Carmen” powstała w 1875 roku i od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nawet, jesli mamy do czynienia z tak nowoczesną inscenizacją, jak ta Erika Söderbloma z 2018 roku. Don José we współczesnej białej koszuli i krawaciku wygląda mniej więcej jak sklepowy ochroniarz, a jego przełożony (w oryginale wojskowy, porucznik Zuniga) jak tego sklepu kierownik. Wielki toreador Escamillo to współczesny, narcystyczny celebryta w marynarce z błyszczącym kołnierzem. W scenie zmiany warty naśladujące żołnierzy dzieci ostrzeliwują ich z plastikowych pistoletów. Przemytnicy z bandy, do której należy Carmen, pojawiają się w skórzanych kurtkach i z karabinami na plecach. Carmen – w obcisłej, nowoczesnej „małej czerwonej”. Zachowanie bohaterów jest także odpowiednio uwspółcześnione.

W tym spektaklu dzieje Joségo i Carmen zostają opowiedziane nie poprzez historyczne realia czy czerwone falbany, ale na poziomie współczesnego, psychologicznego filmu.

Ale muzyka jest muzyką. Emocje również są emocjami. A tych emocji jest bardzo wiele. Jest to bardzo „aktorskie” przedstawienie, a gdy się je obserwuje nie na żywo, lecz na ekranie (jak to się zdarzyło w przypadku niżej podpisanej), tym bardziej patrzy się na nie jak na film.

Przeciwko koncepcji postaci można się buntować, ale można ją w miarę oglądania zaakceptować i polubić. Don José (walijski tenor Sam Furness) to tutaj taki trochę nieokrzesany, ale dobroduszny i naiwny absolwent zawodówki czy nieskomplikowany bywalec siłowni. Carmen (chorwacka mezzosopranistka Ivana Srbljan) jest tą, która z nagła „wyjmuje” go z jego prostego, naiwnego świata. Gdy kobieta go prowokuje, José wprost nie wie, gdzie oczy podziać, w takie zakłopotanie go wprawia jej otwarta i zaczepna seksualność. Z kolei Carmen trochę tutaj traci na swojej dzikości i pierwotności, jest nieco poważniejsza i bardziej „pogłębiona”, niż to tradycyjnie bywa w przedstawieniach tej sztuki.

Bohaterowie są przez cały czas tak konsekwentnie, realistycznie, „filmowo” prowadzeni po względem aktorskim. W scenie w Lillas Pastia mamy już szczytowy punkt tego aktorstwa: ogląda się ją jak kłótnię serialowych kochanków. Ale Aria z kwiatem w wykonaniu Sama Furnessa jest piękna jak zawsze. A don José w tej scenie jest naprawdę wzruszający.

Sposób kreowania postaci przez Sama Furnessa pomaga lepiej zrozumieć dramat tego prostego, nieskomplikowanego chłopaka, który zostaje wyrwany ze swojej sielskości i niewinności, do których nie ma już powrotu. A towarzysząca mu Carmen? Wrodzona wytworność i elegancja chorwackiej śpiewaczki wcale jej nie przeszkadzają. Nie stara się na siłę być ordynarna, jest po prostu doświadczoną, świadomą siebie, chwilami wręcz wyrafinowaną kobietą.

Siła wspanialej muzyki i pięknego śpiewu broni się zawsze, nawet w trywialnym przebraniu. A dramat miłości i zbrodni jest zawsze ten sam i budzi w widzu te same przeżycia, dla których zawsze chodzi się do teatru. Natomiast role głównych odtwórców może pozwolą innymi oczami spojrzeć na jednych z najpopularniejszych operowych bohaterów.

Zdjęcie pochodzi ze strony https://www.jyvaskyla.fi/konsertit. Jeśli dysponenci praw do tego zdjęcia nie życzą sobie, aby znajdowało się ono na tej stronie, proszę o kontakt ze mną / The photo comes from https://www.jyvaskyla.fi/konsertit. If the rights holders of this photo do not want it to be featured on this page, please contact me. 

Spektakl opery fińskiej
Wykonanie: Jyväskylä Opera, Jyväskylä Sinfonia, Jyväskylä Opera Choir
Reżyseria: Erik Söderblom
Dyrygent: Ville Matvejeff

Carmen – Ivana Srbljan
Don José – Sam Furness
Micaëla – Kaisa Ranta
Escamillo – Waltteri Torikka

Nagranie z 2018 r. dostępne na YouTube.

* Tytuł zawiera cytat z opery.

Create your website with WordPress.com
Rozpocznij